Monika Gigier - zdjęcie

Monika Gigier

7,8 / 10

8 oddanych głosów

Często występuje w:
Spektakle z udziałem tego aktora:

Godzinki, czyli od świtu do zmierzchu

Muzyczny

"Godzinki czyli od świtu do nocy" to spektakl muzyczno - taneczny, poświęcony pieśniom śpiewanym codziennie o określonych porach dnia. Akcja, zgodnie z tradycyjną koncepcją jedności czasu, zawiera się w ciągu jednej doby - czyli, jak w podtytule: "od świtu do nocy". Najistotniejszym założeniem przedstawienia jest to, aby struktura muzyczna (rozumiana jako synteza śpiewu, mowy, ciszy i dźwięków związanych z materialnością tak ludzi, jak i rzeczy) pełniła rolę nadrzędną i określała kształt oraz charakter całości. Spektakl koncentruje się na tzw. "białym śpiewie" oraz na tańcach. Chodzi tu o tańce służące bądź odpędzaniu złego - czyli będące w istocie rodzajem egzorcyzmów - tak jak tarantella bądź też tych, które umożliwiały kontakt z rzeczywistością pozazmysłową - jak tańce chasydzkie, podczas których dusza ma się podnieść o dwie stopy nad ziemię - jak głosi chasydzkie powiedzenie. Zaś Jerzy Trzanowski, XVII-wieczny poeta trzech narodów: polskiego, czeskiego i słowackiego (którego teksty wykorzystane zostaną w spektaklu) napisał: "Usta jak dzwoneczek brzmią/ lecz wtedy najmocniej grzmią,/gdy serce sznureczek ciągnie, /taki głos Niebo osiągnie".

Szczegóły

Pieśń gminna

Muzyczny

Teatr Mumerus wraz z wokalistkami grupy Strojone wychodzą z tradycyjnej kultury ludowej na spotkanie z folklorem miejskim. Przestrzenią muzycznego spektaklu staje się nieokreślone polskie miasto ostatniego stulecia. Tutaj, w szemranej piwnicy bandyci i ich ofiary snują opowieść o zbrodniach wszelkiej maści, krwawych, makabrycznych, groteskowych. Tutaj pieśń wędrownego dziada przeistacza się w miejską balladę, wieść gminną. Pieśń Gminną. W owej historii zbrodni na równi wybrzmiewają lwowska bałaka, gwara warszawska czy rzeszowska pieśń ludowa. Przeplatające się miejskie legendy i wiejskie pogłoski, spajają fragmenty Mickiewiczowskich ballad. Zestawienie tych – zdawać by się mogło – tak różnorodnych opowieści, ukazuje ich koherencję i wspólną genezę. To pieśń wędrownego lirnika, z ust którego wypływa historia niesiona od wsi do wsi lub od ulicy do ulicy. W przedstawianych w "Pieśni Gminnej" utworach, skleconych niekiedy koślawo, częstochowskimi rymami, innym razem buchających barokowym dramatyzmem, wciąż pobrzmiewa echo pragnienia uwiecznienia słowem i pieśnią różnych - czasem niecnych - czynów. Zapraszamy Cię, widzu i podglądaczu, słuchaczu, do piwnicy, gdzie diabeł staje się spowiednikiem, rewolwer aniołem, a ulicznica – liryczną bajarką.

Spektakl zrealizowany w ramach nagrody Województwa Małopolskiego "ARS QUAERENDI" za wybitne działania na rzecz rozwoju i promocji kultury.

Szczegóły

To nie są drzwi. Kodycyl fotografji.

Dramat

Seans teatralno-fotograficzny.
"To nie są drzwi. Kodycyl fotografji" to spektakl o zdjęciach: starych, pożółkłych w rodzinnych albumach. Pozowanych, nieraz przez kilka minut, robionych w fotograficznych atelier. To kodycyl, czyli testament fotografii. Tych, którzy zostali na zdjęciach uwiecznieni, dawno już nie ma, odeszli wraz ze swoją epoką i strojem, w którym zostali sfotografowani. Teraz, wydobyci z pamięci, wracają na jedną godzinę na scenę, by spojrzeć w oczy współczesnym widzom.

Recenzja:
Półtora roku pracy z przerwami. Misterna robota kostiumowa, aktorskie zgranie. To wszystko składa się na kolejny nieoczywisty świat, do którego zaprasza nas Teatr Mumerus. Surrealizm spektaklu „To nie są drzwi. Kodycyl fotografji" w reż. niezawodnego Wiesława Hołdysa wciąga nas – nawet, jeśli do końca tego nie rozumiemy, to chcemy tam być.

Kiedy wchodzimy na widownię, od razu robi się dziwnie, inaczej, trochę nieswojo. Jedna z postaci, przykryta deskami, leży na wznak na scenie i trzyma w ręku krzyżyk. Mężczyzna po lewej stronie,przykryty czarnym całunem, co chwila podnosi się i wystawia nam język, wybałuszając oczy. Możemy zwrócić uwagę, że przez dłuższy czas nie mruga – zaczynamy przecierać oczy, uśmiechając się niepewnie. Teatr Mumerus zabiera nas w kolejną, niezwykłą podróż. Upiornie blade twarze, z których łypią na nas oczy. Przenikliwe spojrzenia świetnych aktorów chcą nas przewiercić na wylot. Postaci niepostrzeżenie zaczynają podnosić się i poruszać. Z głębi sceny przychodzą inne osoby. Dwie młode kobiety i mężczyzna: wojak z ledwo sypiącym się wąsem, czyli lokalna atrakcja i bohater, z którym każdy będzie chciał sobie zrobić zdjęcie. Aktorstwo jest trochę mechaniczne, trochę jakby w duchu Kantora, ale przede wszystkim- charakterystyczne dla Mumerusa.

Po jakimś czasie możemy się zorientować, że najważniejsze są tu właśnie zdjęcia. Postaci pozują w nieskończoność. Przy tym mdleją, upadają, potykają się, mają nieskoordynowane ruchy. Są perfekcyjnie niedoskonałe i przez to upiorne. Trochę przypomina to motyw z serii książek o „Harry'm Potterze", autorstwa J.K.Rowling – tam postaci na namalowanych portretach również ożywały. Właśnie dzięki temu, że ktoś zadał sobie trud ich uwiecznienia. Miały one też pole manewru: mogły wzajemnie się odwiedzać. Spektakl Teatru Mumerus porusza problem pamięci i historii, ale głównie tej symbolicznej, namacalnej w niemych świadectwach. W prawym rogu sceny, w głębi, mamy postać, którą zauważamy głównie z powodu oświetlonych dłoni. Może to być ktoś, kto zajmuje się wywoływaniem zdjęć. Wydobywa kolory, kształty i z ciemnego pomieszczenia wynosi gotowe obrazki – przedstawiające prawdziwych ludzi. Na koniec jawi się jako ktoś bardzo bezwzględny, żyjący w wielkim napięciu. W porównaniu z poprzednimi produkcjami Mumerusa, można zauważyć tu kilka różnic. Przedewszystkim – mamy tu więcej niż zwykle aktorów. Mumerus przyzwyczaił nas do maksymalnie czterech osób naraz na scenie, tutaj mamy ich natomiast dwa razy więcej. Dodatkowo elementy scenografii są tu ustawione nie tylko wertykalnie, ale i horyzontalnie. Dzięki temu scena nie tworzy jednej płaszczyzny, ale mamy wrażenie labiryntu. Co ważne, światło również nie jest już tylko i wyłącznie stałe, punktowe, ale bardziej zróżnicowane, rozdzielające plany akcji. Ciekawą postacią jest też młody chłopak, który siedzi przed blaszaną konstrukcją Wywoływacza Zdjęć. Wszystko, co robi, jest bardzo powolne, dokładne i powtarzane niezliczone ilości razy. Przetasowuje w rękach karty, wykonuje fascynujące iluzje z metalowym kubkiem i ukrytą pod nim czerwonąpiłeczką. Można uznać go za Los, Magika, Śmierć... Właściwie nie wchodzi w interakcję z pozostałymi. Jest raczej bezstronnym obserwatorem, który kaptur zdejmie dopiero przy oklaskach końcowych. Utrzymany w kolorach sepii i szarości, świetny spektakl „To nie są drzwi. Kodycyl fotografji" ciężko jest tak naprawdę opisać. Postaci z międzywojennych fotografii ożywają, wytrwale pozują, sami robią światu i ludziom mnóstwo własnych, analogowych zdjęć, żeby ostatecznie zniknąć za barykadą. Realizm dosłownie ich przytłacza, a zdjęcia są niemal jak wyrok śmierci. Los-Magik rozwiesza karty na sznurkach, na których powinny suszyć się zdjęcia. Z kart można przecież wróżyć, a i każdy ma przecież jakąś swoją kartę. Mniej lub bardziej szczęśliwą lub – mniej lub bardziej pechową. To świat, w który mnie ma nic oczywistego, nie ma jako takiej fabuły, ale jest genialna impresja na temat bohaterów fotografii sprzed lat, o których czegokolwiek możemy dowiedzieć się tylko na podstawie tego, w jaki sposób zostali uwiecznieni.

Joanna Marcinkowska

Dziennik Teatralny Kraków

1 sierpnia 2017

http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/zdjecia-ktore-zyja.html

Szczegóły